Nikola Jovanović: Nie spuszczać z tonuNikola Jovanović jest w tym sezonie najskuteczniejszym zawodnikiem Anwilu Włocławek. Serb prowadzi nasz zespół od zwycięstwa do zwycięstwa i ze swojej postawy może być w pełni zadowolony. W szczerej rozmowie koszykarz przyznaje, że wśród ogólnej satysfakcji potrafi również wskazać mankamenty w swojej grze.

Czy fakt, że w Polsce spędzasz już drugi rok swojej kariery, oznacza, że podoba ci się nasz kraj?
Nikola Jovanović: Tak, bardzo mi się tutaj podoba, bo Polska jest podobna do mojej rodzinnej Serbii. Języki, którymi się posługujemy, dają się wzajemnie zrozumieć, ludzie w wielu aspektach mają podobne usposobienie, również pogoda jest niemal taka sama. Hm… Chociaż z tym ostatnim, to się trochę pospieszyłem, bo jak patrzę na tegoroczną zimę w Polsce, to przyćmiewa ona wszystkie serbskie mrozy i śniegi. No, ale wiem, że to wyjątkowo sroga zima dla waszego kraju.
Wspomniałeś o charakterach Serbów i Polaków. Możesz rozwinąć tę myśl?
Chciałem powiedzieć, że Polacy i Serbowie są podobnie pozytywnie nastawieni do życia. Może my jesteśmy trochę bardziej agresywni czy nerwowi. Polacy są zaś spokojniejsi, ale to chyba zasługa tego, że częściej się spotykają, rozmawiają i popijają coś mocniejszego… To pozwala im się bardziej wyluzować (śmiech).
Mógłbyś porównać swoją sytuację w poprzednim i w bieżącym sezonie?
Koszykarsko w ogóle trudno to porównywać. Tutaj wszystko jest dopięte na ostatni guzik. W Ostrowie Wielkopolskim dwóch, trzech ludzi decydowało o wszystkim i naprawdę niekiedy trudno było się porozumieć. We Włocławku każdy dba o swoją część obowiązków związanych z życiem klubu i naprawdę nie ma problemu z niczym. Można się skupić tylko o grze. Poza tym, kiedy grałem w Atlasie, myślałem, że kibice tej drużyny są niesamowici. Teraz wiem, że się myliłem, bo we Włocławku atmosfera w hali przebija wszystkie inne. Bez względu na to, czy gramy ze Sportino Inowrocław, czy z Turowem Zgorzelec, trybuny zawsze są pełne i to wpływa na fakt, że my również nie możemy pozwolić sobie na lekceważenie kogokolwiek. Wielki szacunek za to dla włocławskich kibiców!
Skoro wspomniałeś o Sportino, to czy spodziewałeś się, że przygoda znanego ci trenera, Andrzeja Kowalczyka, z tym zespołem zakończy się klapą?
Informacja o tym, że zmieniono trenera Mariusza Karola na Andrzeja Kowalczyka z jednej strony była zaskoczeniem, ale z drugiej dawała się również łatwo wyjaśnić. Trener Kowalczyk, przy pomocy trenera Miliji Bogicevicia, osiągnął dobry wynik w ubiegłym sezonie. Tym razem chyba jednak poczynił zbyt dużo zmian w Sportino, i właśnie ten brak stabilizacji przełożył się na najprawdopodobniej na fatalne wyniki tego klubu. Wielka szkoda, że ten zespół będzie musiał opuścić ligę.

Przed sezonem prosiłeś Marko Brkicia o jego opinię na temat Anwilu. A czy teraz on pyta ciebie, jak się układa w drużynie Anwilu? Wrócił do Serbii, by być blisko swego nowo narodzonego dziecka, więc może wkrótce będzie gotowy znów zagrać w Polsce?
Niestety, nasz kontakt nieco się urwał i sam nie wiem, z jakiego powodu. Pewnie ma wiele obowiązków sportowych i rodzinnych. Wiem tylko, że jego malutki synek, zresztą mój imiennik, Nikola, ma się dobrze. Może więc Marko podejmie kiedyś decyzję o ponownym wyjeździe z Serbii.
Jesteś najlepszym strzelcem Anwilu, kibice wybierają cię MVP naszej drużyny, często współdecydujesz o wynikach. Czy możemy uznać, że to wymarzony sezon dla ciebie?
Nigdy nie myślę o rozgrywkach w kategoriach „sezon dla mnie”. To jest sezon Anwilu, a nie Nikoli Jovanovicia. To nie jest tenis, w którym zawodnik ma 100% wpływu na swój wynik. Mogę być oczywiście zadowolony z moich indywidualnych osiągnięć, ale ponad wszystko stawiam to, żeby Anwilowi wiodło się dobrze. Zajmujemy drugie miejsce, fani są szczęśliwi, klub zadowolony i z tego się cieszę. Myślę o tym, co zrobić, żeby taką postawę utrzymać do końca sezonu. To jest nasz najważniejszy cel – nie spuszczać z tonu.
To, że jesteś zawodnikiem zespołowym, widać w statystyce asyst, w której jesteś tuż za Krzysztofem Szubargą i Dru Joyce’em. Jak broniłbyś się jednak przed często stawianym ci zarzutem, że zbyt mało zbierasz?
W ogóle bym się nie bronił. Sam jestem za te zbiórki zły na siebie. Muszę poprawić ten element na play-off. Tak sobie postanowiłem. Oczywiście, jest też druga strona medalu, bo mogę nie zbierać, nie punktować, ale jeśli zespół będzie wygrywał, to i tak cel zostanie osiągnięty. Wiem jednak, że bez moich rzutów i zbiórek będzie dużo ciężej o sukcesy. Dlatego będę trwał w swoim postanowieniu.
Skoro mówimy o statystykach, to chciałbym, żebyś wyjaśnił, dlaczego wśród pierwszej dwudziestki najlepiej punktujących zawodników PLK, oprócz ciebie, jest tylko czterech graczy spoza USA? Czy koszykarze zza oceanu są aż tak wyraźnie lepsi od pozostałych?
Wydaje mi się, że wszystko wynika z różnicy w podejściu do koszykówki, jakie prezentują Amerykanie i Europejczycy. Amerykanie lubią przesądzać o wynikach, grają bardziej indywidualnie, mają mentalność liderów. Europejczycy grają dla zespołu. Tak, jak mówiłem wcześniej, ani mnie, ani wielu moich europejskich kolegów nie interesują własne statystyki. Gramy dla drużyny, jesteśmy mniej widoczni, co nie znaczy, że mniej ważni niż Amerykanie. Takie zasady są nam wpajane od wieku juniorskiego i tak gramy.
Ale w Anwilu Amerykanie wcale nie „gwiazdorzą”.
To zasługa trenera Igora Griszczuka, który dobrze nas wszystkich poukładał. Doskonałym przykładem jest tutaj Krzysztof Szubarga, który jest znakomitym strzelcem, a mimo to, gra pod drużynę. Jest najlepiej asystującym zawodnikiem ligi, chociaż wiele z tych asyst swobodnie mógłby zamienić na własne punkty. Tak samo Amerykanie, którzy grają pod zespół.

Gdy zbliża się play-off, drużyny szukają doświadczonych zawodników, którzy w chwilach decydujących o losach sezonu potrafią wziąć ciężar gry na siebie. Czy ty masz doświadczenie z gry o wysoką stawkę?
Przed przyjazdem do Polski grałem w Lions Vrsac [obecnie Radnicki Kragujevac, klub Marko Brkicia – przyp. red.], z którym wygrałem sezon zasadniczy w Serbii. Później dołączyło do nas pięć najlepszych zespołów z Ligi Adriatyckiej, tworząc Super Ligę. Rozgrywki były bardzo zacięte i pozwoliły mi zdobyć duże doświadczenie, bo grałem w pierwszej piątce zespołu. Pouczający był też udział w Pucharze Koraca sezonu 2000/01 z zespołem Hemofarmu. Jednak wtedy byłem jeszcze bardzo młodym zawodnikiem i nie grałem zbyt wiele.
Teraz presja będzie duża. Każdy przeciwnik mobilizuje się na Anwil, a dodatkowo wkraczamy w decydującą fazę sezonu…
Zgadza się. Gdy grałem w Atlasie, to za wszelką cenę chcieliśmy pokonać Asseco, Anwil i Turów. Teraz będę bronił barw włocławskiej drużyny, ale przecież nie jestem sam. Są pozostali świetni chłopacy i kibice, którzy dają nam dużo sił. Presja, która się pojawia, jest bardzo zdrowa. Każe nam koncentrować się wyłącznie na grze i wyciskać z siebie, ile tylko się da.
Czy dużą niespodzianką była dla ciebie porażka Asseco Prokomu, która nieco „odbrązowiła” ten zespół?
Tak, dowiedzieliśmy się o niej po meczu w Kołobrzegu. Któryś z chłopaków powiedział w szatni, że Asseco Prokom przegrał i wszyscy byliśmy mocno zaskoczeni. Nie lubię mówić o innych i dlatego ograniczę się do gratulacji dla Polonii. To jest piękno koszykówki, że każdy może wygrać z każdym. Poza tym, rekord, który śrubowali zawodnicy z Gdyni, pękł i nasz mecz z nimi w Hali Mistrzów może mieć dodatkową stawkę w postaci walki o pierwsze miejsce w lidze. To jednak jeszcze odległa przyszłość. W tej chwili koncentrujemy się na pojedynku z Energą Czarnymi.
Pozostało tylko pięć meczów do końca rundy zasadniczej. Układ tabeli się krystalizuje i chyba można mówić o pierwszych pozytywnych i negatywnych niespodziankach?
My jesteśmy zadowoleni ze swojej postawy. Na pewno plan wykonał zespół Asseco Prokomu. Duży sukces odniosła Polpharma. Niedosyt pozostaje w Zgorzelcu. Chcę jednak podkreślić, że cała czołówka zasłużenie zajmuje swoje miejsca. Niektórzy mówią, że Polpharma to duże zaskoczenie. Przypomnę jednak, że są tam doświadczeni zawodnicy i młody, ambitny trener. Co prawda, rzadko się z nimi kontaktuję, bo to nasi przeciwnicy, ale wiem, że mają duży apetyt na grę o medale.
A co trzeba zrobić, żeby pokonać dziś Energę Czarnych Słupsk?
Najważniejsze będą zbiórki. Nie możemy dać się zdominować na tablicy. Z tego biorą się łatwe punkty dla przeciwników. Myślę, że Czarni mają duży potencjał, którego nie potrafili do tej pory wykorzystać. Naszym zadaniem będzie więc podtrzymanie tego stanu rzeczy i gra na 100%. Jeśli zagramy zespołowo, to o nic się nie boję. Trenerzy, jak zwykle, przeprowadzą świetny scouting i przygotują taktykę. Zwycięstwo w tym meczu będzie więc zależało tylko od nas, bo Czarni nie są w stanie nas zaskoczyć. Liczę, że, jak zwykle, bardzo pomogą nam kibice.
Podsumowując naszą rozmowę, możemy powiedzieć, że czekamy na kolejne zwycięskie mecze Anwilu, na play-off i lepszą pogodę…
Dokładnie tak. Oby do wiosny.
Wywiad został opublikowany w ostatnim numerze magazynu "Nasz Anwil".
Autor : Łukasz Pszczółkowski
Data dodania : 2010-03-09